Pamiętasz audycję MiniMax? To legendarny program muzyczny, emitowany w Trzecim Programie Polskiego Radia. Audycja jest nadal obecna na antenie, a jej prowadzącym jest siedemdziesięcioletni już Piotr Kaczkowski. Kaczkowski to pasjonat, który od 50 lat inspiruje kolejne pokolenia dziennikarzy muzycznych.

5 stycznia 2014 roku Kaczkowski w swojej audycji skierował do radiosłuchaczy następujące słowa:

Jak się zapewne domyślasz, w sieci ZAWRZAŁO. Zajrzyjmy na fora internetowe:

Dwa dni później w mediach pojawia się oświadczenie Magdy Jethon, ówczesnej dyrektorki Trójki. Pani Magda w spokojnych, ciepłych słowach nazywa Kaczkowskiego Kolegą i Mistrzem. Jednocześnie zwraca uwagę, że pan Piotr z własnej woli już we wrześniu 2011 r. zdecydował o przejściu na emeryturę. Dwukrotnie zarząd Polskiego Radia podpisywał jednoroczne umowy pracownicze, umożliwiające mu korzystanie nie tylko z uposażenia emerytalnego, ale także dodatkowo z pensji oraz honorariów za audycje. Tymczasem w Polskim Radiu następowały bolesne redukcje etatów. Dlatego tym razem z Kaczkowskim podpisano umowę o współpracy, a nie umowę pracowniczą, która blokowałaby etat innym dziennikarzom. Jethon zapewniła, że w umowie uwzględniono wszystkie prośby, zastrzeżenia i postulaty redaktora, i że ta umowa gwarantuje mu obecność antenową w dotychczasowej formie oraz godne honoraria autorskie (oczywiście niezależnie od pobieranej przez niego emerytury).

Uwaga, uwaga – zaglądamy na fora internetowe…

Ta historia wydała mi się znamienna z kilku powodów. Po pierwsze, gdy sprawy idą nie po naszej myśli, należy uważać na rozczulanki. W ostatecznym rozrachunku te uwolnione emocje nas nieco ośmieszają. Po drugie, warto zwrócić uwagę na dementi Magdy Jethon. Jej słowa są przykładem sprawnego zarządzenia nastrojami słuchaczy i – przy okazji – mogą być fajną inspiracją dla menedżerów. Jednak dla mnie najważniejszy jest trzeci aspekt. Zwróć uwagę, jak radykalnej zmianie ulegały komentarze radiosłuchaczy. Być może jeszcze te same osoby, które 5 stycznia dałyby się posiekać za Pana Piotra, 7 stycznia odsądzały go od czci i wiary. Zapewne znasz to z realiów organizacyjnych. Jednego dnia dowiadujemy się, że z firmy odchodzi długoletni pracownik; grupa zrzeszona na papierosie lub przy automatach z kawą łączy się z nim w bólu. Przez kolejne tygodnie na jaw wychodzą różne „kwiatki”, w tym zaniedbania, których nasz były kolega się dopuścił – i komentarze przy kawie lub papierosie są skrajnie różnie. W ten sposób firmowe wahadełko emocjonalne wędruje sobie z jednej strony na drugą…

A teraz pomyśl chwilę o osobach, które Cię otaczają i zastanów się: która z nich – w niespokojnych, nerwowych realiach – jest najbardziej stabilna i wiarygodna? Z reguły wskażesz kogoś, kogo nazywam NIEPRZEMAKALNYM. To człowiek, który nakłada emocjonalną pelerynkę. Po tej pelerynce ściekają wszystkie plotki, rozwibrowane uczucia i nieostrożne komentarze. Bombardowani setką różnych (z reguły niepełnych) informacji, uważajmy na syndrom chorągiewki i uleganie nastrojom otoczenia. Jeśli w tym wszystkim NIE chcemy zwariować, tylko robić swoje, powinniśmy być na swój sposób nieprzemakalni.

 

Po kilkudziesięciu latach posuchy, polska piłka nożna dorobiła się piłkarza wybitnego. Napastnika, który seryjnie strzela gole, a przy tym jest wszechstronny i haruje jak wół w różnych sektorach boiska; jest wszędzie i bardzo trudno go upilnować. Doskonale odnajduje się wśród międzynarodowych gwiazd w swoim bawarskim klubie i Lidze Mistrzów, ale również potrafi „pociągnąć” grę nieco mniej doświadczonych kolegów w reprezentacji narodowej. No i – co najważniejsze – wydaje się praktycznie niezniszczalny i „antykontuzyjny”. Nie sądzę, żebym tymi słowami cokolwiek zapeszył, bo antykontuzyjność Roberta Lewandowskiego (o nim mowa) NIE jest darem od Boga, lecz jest wynikiem konkretnych działań Roberta. Lewandowski to typ współczesnego piłkarza-atlety, który tyle samo czasu treningowego spędza z piłką przy nodze, co na siłowni.

Po co piłkarzowi tzw. trening specjalistyczny (z piłką przy nodze), tego nie trzeba wyjaśniać. Ale po co mu trening OGÓLNY, czyli godziny spędzone na siłowni?! Hmm… może po to, żeby stać się atrakcyjnym „ciachem”, prężącym mięśnie pod obcisłą koszulką w reklamach firm odzieżowych, telekomów, pianki do golenia?… Otóż nie. To dzięki treningowi ogólnemu wybitni sportowcy wytrzymują dużo większe obciążenia i znacznie bardziej forsowną, kontaktową grę – w porównaniu z tym, jak wyglądał sport kilkadziesiąt czy nawet jeszcze kilkanaście lat temu. Trening ogólny opiera się na założeniu, że stałe, kontrolowane bodźcowanie naszego ciała powoduje, że w momencie pojawienia się nieprzewidzianego stresora jesteśmy w pewnym sensie na niego przygotowani.

Jeśli Twoje dziecko ma w pokoju plastelinę, weź do ręki pałeczkę tej substancji i się jej przyjrzyj. Wyjęta z pudełka jest krucha, łatwo ją przełamać na pół. Gdy ogrzejesz i chwilę pougniatasz plastelinę w dłoniach, staje się bardzo elastyczna. Podobnie w przypadku Lewandowskiego: trening ogólny, czyli CODZIENNA ZMIENNOŚĆ powoduje, że jest bardziej elastyczny i większe obciążenia go nie „przełamią”. Podobnie jak plastelina, w wyniku „rozgrzania” i regularnego bodźcowania możemy zmieniać kształt i się formować. Jeżeli natomiast jesteśmy trzymani w pudełku w temperaturze pokojowej, stajemy się bardzo wrażliwi. W wyniku stresora nie ugniemy się, lecz rozkruszymy.

Neuropsycholog prof. Rafał Ohme, z którym od trzech lat współpracuję, stworzył tzw. MindSpa, czyli rozbudowany program ćwiczeń dla naszego mózgu. MindSpa jest oparte na koncepcji mentalnego „treningu ogólnego”. O mentalny trening specjalistyczny nie musimy się martwić, bo nasz mózg podlega takiemu treningowi od momentu, gdy przekroczymy próg biura (a często już od chwili, gdy odemkniemy zaspane powieki). Jednak jak wielu z nas dba o trening OGÓLNY mózgu? Tymczasem to właśnie mózg jest odbiorcą wszechobecnego chaosu, z którym coraz trudniej sobie radzić. Celem ćwiczeń proponowanych przez Rafała jest regularne „uelastycznianie” swojego mózgu, po to, aby uczynić go bardziej wytrzymałym na różne stresory. Rafał inspiruje do samodzielnego bodźcowania naszych szarych komórek NOWYMI doznaniami. Jeśli jesteś koneserem muzyki klasycznej, pójdź na offowy koncert, a jeśli masz duszę punkowca – idź do filharmonii. Wybierz się na kolację w ciemności (nie dość, że nie będziesz widzieć ani jedzenia, ani małżonka, to jeszcze będziesz zmuszony jeść palcami). Któregoś dnia pod dobry garnitur załóż krzykliwą bieliznę z sex shopu. Od czasu do czasu roztrzaskaj jakiś mebel (to już rada Nassima Nicolasa Taleba, nie Rafała J).

Trening ogólny BOLI i jest niewygodny dla naszego mózgu (choć trochę – ale tylko trochę – ratuje nas fakt, że tę „krzywdę” robimy sobie sami). Przekonałem się o tym, gdy uległem namowom żony i pojechałem na dziesięciodniowy obóz… salsy. Mój mózg okazał się maksymalnie odporny na salsę, zwłaszcza w wymiarze ośmiu godzin dziennie. Na szczęście na miejscu było również morze, siatkówka plażowa, a przede wszystkim dobre lokalne piwo, więc obóz salsy oceniam jako bardzo udany. Wracając do dużych ilości lokalnego piwa – nie jestem przekonany, czy Rafał Ohme i Robert Lewandowski zgodziliby się z taką definicją treningu ogólnego…

 

Cztery lata temu pewna agencja eventowa zatrudniła mnie do poprowadzenia konferencji dla polskiego banku. Konferencja odbywała się w Jordanii. Miała to być moja pierwsza wizyta na Bliskim Wschodzie. W ramach wspomnianego przed chwilą „treningu ogólnego” (czyli bodźcowania mojego mózgu nowymi doznaniami), jestem otwarty na takie przygody, ale w tym przypadku czułem się mocno niepewnie. Lubię mieć wszystko poukładane, a jedyne, co znałem, to daty i godziny przelotu. Nawet temat wystąpienia nie był do końca określony. Nie wiedziałem, gdzie będę spał, jak dojadę z lotniska do hotelu, gdzie odbędzie się konferencja… Przed wylotem nie udawało mi się dodzwonić ani do organizatorów z banku, ani do agencji eventowej (wszyscy byli już w Jordanii).

Gdy w środku nocy samolot dotarł do Ammanu, nagle obok mnie pojawił się Jordańczyk, który po upewnieniu się, że jestem Mister Kudla, przeprowadził mnie przez wszystkie zakamarki lotniska i wsadził do samochodu z kierowcą, który praktycznie nie znał angielskiego. Kierowca wiózł mnie przez trzy godziny do hotelu, który stał na środku pustyni. Jak się następnego dnia okazało, znajdowałem się zaledwie kilka kroków od Petry, legendarnego miasta wykutego w skale ponad dwa tysiące lat temu. Po kilku godzinach nerwowego snu zszedłem na dół i sprawdziłem, czy ktoś zostawił dla mnie jakąś informację. Żadnej wiadomości nie było, więc zrezygnowany wyszedłem z hotelu i poszedłem sobie na zwiedzanie Petry. Przed wejściem do antycznego miasta zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnej lokalnej gotówki. Spytałem jakiegoś Jordańczyka, który sprzedawał turystom buteleczki z kolorowym piaskiem, o najbliższy bankomat. Handlarz odpowiedział, że do bankomatu jest ponad 10 km, po czym spytał mnie, ile pieniędzy potrzebuję. Wyjął z kieszeni 100 dinarów (to ponad 500 złotych!) i powiedział, że mi ufa i że jak już te pieniądze wypłacę, to żebym mu zwrócił. Wszedłem na teren Petry, a to, co zobaczyłem, zapierało dech w piersiach. Wkrótce poczułem się naprawdę szczęśliwy. W trakcie zwiedzania przypadkiem spotkałem całą bankową ekipę; ustaliłem, gdzie i o której godzinie powinienem się pojawić – i zwiedzałem sobie dalej. Wieczorem udałem się do tzw. Małej Petry, gdzie odbywała się konferencja. Już po chwili stało się jasne, że muszę zapomnieć o wszystkim, co sobie przygotowałem i zaplanowałem. Wiał pustynny wiatr, generator prądu co chwila przestawał działać; mój laptop po kwadransie testowania był przysypany rdzawym piachem, a projektor okazał się niesprawny. 5 minut po tym, gdy zacząłem mówić do kilkuset osób, generator prądu po raz kolejny odmówił posłuszeństwa, więc wszystko pogrążyło się w totalnej ciemności, a mikrofon przestał działać. Po chwili zawahania kontynuowałem wystąpienie, tyle, że z przerwami, żeby osoby siedzące blisko mnie mogły przekazać tylnym rzędom, o co mniej więcej mi chodzi. Skróciłem swój show do 40 minut, ale chyba nikt nie miał nic przeciwko. Wszyscy i tak czekali na wieczorną imprezę J

Później postanowiłem odreagować ten stres i świetnie się bawiłem wraz z bankowcami. Wypiłem sporo wina, wypaliłem z sziszy dużo jabłkowej melasy… Tańczyłem z ekipą do trzeciej w nocy. Gdy rano obudziłem się w hotelu, okazało się, że nikogo już tam nie ma. Ekipa wyruszyła autokarami nad Morze Martwe, gdzie miała się odbyć dalsza część eventu. Tym razem już nie spanikowałem, bo poprzedni dzień nauczył mnie, że wszystko się jakoś samo ułoży. Zszedłem na śniadanie, gdzie spotkałem kolejnego sympatycznego Jordańczyka oraz szefową agencji eventowej. Zabrałem się z nimi samochodem, zahaczając po drodze o stanowisko pomocnego handlarza, któremu oddałem 100 dinarów i od którego w końcu kupiłem kilka buteleczek z kolorowym piachem pustynnym. Drogę nad Morze Martwe wspominam bardzo ciepło, bo  moi towarzysze podróży okazali się ciekawymi, inspirującymi ludźmi. Na miejscu znów nie wiedziałem, co mam ze sobą począć, więc spędziłem godzinę unosząc się na powierzchni Morza Martwego, a kolejne trzy godziny – na próbach pozbycia się soli z podrażnionych kanałów wzrokowych. Następnego dnia zmęczony, ale szczęśliwy wróciłem do Polski.

Dlaczego przytoczyłem tę przydługą historię? W czasie tego wyjazdu NIC NIE BYŁO ZGODNE Z PLANEM i moimi wyobrażeniami, a jednak wszystko się na swój sposób udało. Szczególnie byłem dumny z tego, że się NIE SPIĄŁEM. A to dla mnie ogromny wyczyn. Jak już wspomniałem, LUBIĘ MIEĆ RZECZYWISTOŚĆ POD KONTROLĄ, choć niektórzy ludzie z mojego otoczenia stwierdziliby, że to eufemizm. Na pewno należy do nich Halina, psycholożka, bliska znajoma mojej mamy. Bardzo ufam Halinie. Zna mnie dobrze, trafnie mnie punktuje i zawsze nazywa rzeczy po imieniu. Jej zdaniem to nie jest tak, że lubię mieć wszystko pod kontrolą, lecz zwyczajnie jestem ogarnięty OBSESJĄ NADKONTROLI. Gdy kilka lat temu poprosiłem ją o radę w ważnej dla mnie sprawie, po uważnym wysłuchaniu wbiła we mnie swój wzrok i powiedziała: „Szymon, PUŚĆ”. Wybałuszyłem oczy i spytałem: „Co dokładnie masz na myśli?” Wtedy ona rozwinęła wątek:

Podobnie jak rada od Romka, o której wspomniałem przy okazji szczepionki nr 5 (Bez Poniewierki), to była jedna z ważniejszych diagnoz, jakie usłyszałem w życiu. Podczas wyjazdu do Jordanii chyba po raz pierwszy ŚWIADOMIE udało mi się podążać za radami Haliny. Trudno nam przyjąć do wiadomości, że życie jest dość przypadkowym labiryntem. Że najcenniejsze innowacje powstają przypadkiem. Że najfajniejszych ludzi poznajemy też przypadkiem. Że tak naprawdę to podróż, a nie sam cel powinny być dla nas nagrodą. I wcale nie oznacza to, że powinniśmy przyjąć cyniczną, niezaangażowaną postawę. Jak zauważył Louis Pasteur, notabene twórca SZCZEPIONEK przeciwko m.in. wściekliźnie i cholerze: „owszem, innowacje i odkrycia są przypadkowe, ale szczęście sprzyja umysłom przygotowanym” (skoro mowa o przygotowaniach, wracamy do koncepcji mentalnego treningu ogólnego). Jednak zaangażowanie i staranne przygotowanie nie może oznaczać obsesyjnej (i skazanej na porażkę) próby kontrolowania chaosu. I to właśnie jest istotą ostatniej, dziesiątej szczepionki na chaos: czasem PO PROSTU WARTO PUŚCIĆ 🙂

Autor: Szymon Kudła kontakt: centrum@csjet.pl

Przeczytaj poprzednie trzy szczepionki


Podziel się