Dwie drogi rozchodziły się w żółtym lesie.
Żałując, że nie mogę wędrować dwiema naraz
I być jednym wędrowcem, długo stałem
Patrząc w głąb jednej z nich tak daleko jak mogłem
Aż po miejsce, gdzie skręcała w poszyciu lasu.
Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny…

Robert Frost
„The road not taken”

Pierwsza krótka historia o odwadze w wyborze

Na przełomie naszego wieku dom mody Prada stał na rozstaju dróg. Chcąc utrzymać swoją silną pozycję na rynku oraz zbudować wartość dla potencjalnych akcjonariuszy po wejściu na giełdę, musiał wybrać pomiędzy skoncentrowaniem się na rozwoju dwóch swoich marek (Miu Miu i Prada) a przejęciem silnych marek o zbliżonym do Prady „poczuciu estetyki i wrażliwości” działających na rynku europejskim i amerykańskim. Chociaż obie drogi biegnące w „żółtym lesie” były korzystne, Prada wybrała drugą, która wydawała się ciekawsza, bo rzadziej używana przez nich do tej pory. Zadecydowano o przejęciu marek Jil Sander i Helmuta Langa.

„W naszym biznesie trzeba często skakać do basenu, nie wiedząc czy jest w nim woda; w przeciwnym razie do niczego się nie dojdzie.” – pisze prezes Grupy Prada Patrizio Bertelli w artykule „Jak zachować niezależność w konsolidującej się branży” (Harvard Business Review Polska, maj 2013). Każdy nowy projekt niesie ryzyko: wymaga ciężkiej pracy zespołu, sporych inwestycji, a może skończyć się kompletną klapą.

dreamstime_11180209-700x466

Żródło: Dreamstime.

„Moja rada: nigdy nie kupujcie domu mody, w którym pracuje jego założyciel, projektant mody” – pisze Bertelli, który dzisiaj uważa, że jego firma popełniła błąd i że dom mody osiągnąłby znacznie więcej, gdyby skupił się na wzmacnianiu swoich dwóch silnych marek.

Mark Twain powiedział kiedyś, że znał człowieka, który postanowił złapać kota za ogon i w ten sposób nauczył się o wiele więcej o zachowaniu kota niż przez całe studia weterynaryjne. Z pewnością Bertelli nie poznałby konsekwencji kupna domu mody, w którym pracuje jego założyciel i projektant, gdyby tego nie zrobił.

Pomimo tego błędu i bardzo bolesnej dla firm włoskich recesji, dom mody Prada odnotował pod koniec 2012 roku 30-procentowy wzrost zysków. Przekroczył prognozy o 12 mln euro, odnotowując wpływy w wysokości 122 mln euro. Wynik ten odniósł nie tylko dzięki zamożnym turystom z zagranicy, ale również dzięki odwadze w działaniu i akceptacji porażek.

Pod koniec wspomnianego artykułu Patrizio Bertelli pisze: „Rozmyślając o przyszłości Prady, jestem pewien, że popełnimy jeszcze jakieś błędy. Jeśli jednak pozostaniemy wierni naszym zasadom i jak dotychczas będziemy gotowi powierzać otwartym na świat, młodym ludziom najwyższe stanowiska w firmie, wierzę, że żaden z naszych przyszłych błędów nie spowoduje katastrofy.”

Jako młody człowiek studiowałem w Akademii Wychowania Fizycznego. Ta wspaniała uczelnia przygotowywała młodych ludzi nie tylko do radzenia sobie w zawodzie nauczyciela lub trenera, ale także w sytuacjach daleko wykraczających poza świat sportu. Stąd zapewne absolwentów AWF można spotkać w zawodach wymagających przedsiębiorczości i odwagi. I na razie tyle promocji tej dość rozrywkowej uczelni (przynajmniej była taką 30 lat temu 🙂 ).

łyżwiaże-01-350x495

Żródło: Dreamstime.

Jednym z bardziej egzotycznych przedmiotów na tej uczelni, była jazda figurowa na łyżwach (jednak moim najzabawniejszym wspomnieniem są tańce ludowe). Wystarczy sobie wyobrazić dwudziestoparoletnich facetów próbujących utrzymać się na łyżwach, ćwiczących trójkę skakaną… Choć przednia zabawa była także przy prostszych zadaniach, takich jak np. przeplatanka tyłem.

Kiedy pierwszy raz wszedłem na lodowisko, miałem tak jak i większość moich kolegów kilkanaście lat przerwy od czasu, kiedy jeździłem jako dziecko na lodowisku szkolnym. Większość z nas stała więc na trzęsących się nogach, bo trudno nam było utrzymać równowagę na tym czymś, co założyliśmy na nie. Radości mieliśmy co niemiara, a zwłaszcza moi koledzy ze mnie: kiedy oni ze wszystkich sił próbowali utrzymać się w pozycji pionowej, ja co chwila przewracałem się (z czasem nawet traktowałem to jako formę wypoczynku). Moi dowcipni koledzy nawet zaczęli liczyć mi upadki. Nie omieszkali też z wielkim entuzjazmem opowiedzieć o moich łyżwiarskich wyczynach różnym bliższym i dalszym koleżankom.

Ja jednak dzielnie pogłębiałem umiejętność upadku klasycznego, a nawet po jakimś czasie mogłem w tym względzie służyć radą innym, bardziej ostrożnym kolegom. Ku mojej satysfakcji i mniejszej zabawie kolegów, z każdymi kolejnymi zajęciami liczba moich upadków zmniejszała się. Do tego stopnia, że już po czwartych, koledzy odpuścili sobie zabawę w liczenie. Co ciekawe, już po pierwszych zajęciach, kiedy to solidnie poobijałem zadek, koledzy wyrobili sobie opinię na temat mojej jazdy „bardzo figurowej”, że zdecydowanie słabiej od nich jeżdżę, no bo częściej od nich się przewracam. Jakież więc było ich zdziwienie, kiedy na końcowym egzaminie otrzymałem ocenę dobrą, podczas gdy większość z nich nie zrobiła żadnych znaczących postępów i otrzymała ocenę słabszą lub niedostateczną (musieli jeszcze raz podejść do tego wyzwania). Ciekawe, że tego już nie opowiedzieli naszym koleżankom.

Kilka lat temu w ramach projektu Startup Genome poddano badaniom ponad 2600 firm działających w Dolinie Krzemowej. Badano między innymi czynniki decydujące o sukcesie nowych firm funkcjonujących w tym bardzo szczególnym miejscu (co niektórzy nazywają je czwartą gospodarką świata). Okazuje się, że przedsiębiorstwa, które upadały przynajmniej dwukrotnie, podejmowały nietrafne decyzje i prawie lub całkowicie bankrutowały. Jednak po porażce podnosiły się, uzyskiwały ponad 2,5 raza wyższe zyski, przeciętnie 3,6 raza szybszy wzrost użytkowników swoich serwisów internetowych oraz 10 razy większą szansę na dalsze pozyskanie kapitału.

W raporcie często pojawia się określenie „ability to fail” – zdolność do porażek, która określa otwartość firmy na niepowodzenia jako element strategii ich rozwoju i innowacyjności.

Kiedy podczas warsztatów dotyczących odwagi menedżerskiej rozmawiam z uczestnikami o elementach kultury panującej w naszym środowisku biznesowym, prawie za każdym razem słyszę, że w naszych organizacjach porażki są niemile widziane. Porażka jest sygnałem dla firmy, że ktoś sobie nie radzi, nie ma odpowiednich kwalifikacji i umiejętności. Porażka staje się czasami wręcz obsesją, którą za wszelką cenę próbujemy wymazać z działania naszego i firmy. Mało kto, z obawy przed konsekwencjami, ma odwagę przyznać się do porażki. Choć każdy ją przynajmniej raz w swojej karierze poniósł.

Kiedy pytam uczestników, czy znają taki przypadek w firmie, że ktoś kto przyznał się do popełnionego błędu, poniósł dotkliwe konsekwencje, zapada cisza. Co bardziej dowcipni menedżerowie puentują to, mówiąc: „Nie znamy – u nas się nie popełnia błędów, u nas są tylko źle sparametryzowane wyzwania”.

Problem jest więc o wiele głębszy niż tylko kwestia kar za porażki. Jest on związany z naszą kulturą, edukacją, wychowaniem w rodzinie, a nawet religią. Ta wizja porażki w wielu wypadkach paraliżuje nasze działania. Powoduje, że zdecydowanie częściej wybieramy drogi już „udeptane”. A kiedy popełnimy już jakiś błąd, to staje się on naszą wewnętrzną tajemnicą, bądź też obciążamy winą za niego innych lub niesprzyjającą sytuację. Wszystko po to, aby usprawiedliwić siebie przed innymi i przede wszystkim przed samym sobą. Lęk przed porażką ogranicza naszą wolność wyboru, innowacyjność i stopień satysfakcji z odniesionego sukcesu (niekoniecznie związanego z pieniędzmi).

Inwestorzy działający w Dolinie Krzemowej dają o wiele większe wsparcie finansowe dla tych przedsięwzięć, które mają już za sobą jedną lub dwie porażki. Panuje tam przekonanie, bazujące na dotychczasowych doświadczeniach inwestorów, że osoby, które mają za sobą porażki, dzięki zdobytym doświadczeniom, mają o wiele większą szansę na odniesienie sukcesu od tych, którzy takiej porażki jeszcze nie mają w swoim portfolio. Inwestorów bardziej interesuje, na ile szybko po przegranej potrafiliśmy podnieść się z tej porażki i wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość.

Startup Genome Raport przedstawia bardzo ciekawą skalę innowacyjności firm wobec gotowości na niepowodzenia:

  • Stopień pierwszy – absolutne unikanie porażek, co wzmaga lęk przed podjęciem działania i zarazem zwiększa napięcie.
  • Stopień drugi – otwarcie na porażkę (umiarkowane: „OK, jesteśmy na to ewentualnie gotowi”).
  • Stopień trzeci – wpisanie niepowodzenia w strategię rozwoju firmy. Najlepsi potrafią upadać oraz podnosić się, równie mocno i szybko. Najwyższy stopień innowacyjności osiągały firmy, które potrafiły upaść i powstać całym zespołem.

Kilka słów od Jack Welch’a
Jedną z kluczowych cech najlepszych liderów jest prężność. Każdy lider popełnia błędy, potyka się i upada. W wypadku liderów najwyższego szczebla należy zdać pytanie, czy uczą się na błędach, mobilizują się, po czym zaczynają działać z nową siłą, wiarą i pewnością.

Właśnie na tym polega prężność. Ważne jest też, by lider wykorzystywał ją w swojej pracy, bo w przeciwnym razie, gdy nadejdzie kryzys, na naukę będzie za późno. Dlatego wśród kandydatów na najwyższe kierownicze stanowiska zawsze szukałem osób, które miały za sobą jedno lub dwa trudne doświadczenia. Szczególnie lubiłem ludzi, którzy doświadczyli upadku, ale udowodnili, że w następnych wyścigach potrafią biec jeszcze szybciej.

W dzisiejszym świecie globalnej gospodarki każdy lider nieraz doświadczy upadku z konia. Musi jednak wiedzieć, jak z powrotem wskoczyć w siodło.

 Jack Welch i Suzy Welch
„Winning znaczy zwyciężyć”

Druga krótka historia o odwadze w rozstawaniu się

Tym razem nie o wielkiej, znanej firmie, lecz o małej, kameralnej firmie szkoleniowej z Polski :). Pewnego czerwcowego dnia w 2009 roku moja firma po raz kolejny stanęła na rozstaju dróg. Musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy pozostajemy w tym samym, w naszej opinii mocno niesprawiedliwym, układzie współwłaścicielskim, czy podejmujemy działania zmierzające do jego zmiany. Układ ten już co najmniej od kilku lat był tematem naszych rozmów w gronie trenerów. Głównym naszym udziałowcem była osoba, którą lubiliśmy, a niektórzy z nas nawet się przyjaźnili. Problem polegał jednak na tym, że osoba ta od dłuższego czasu nic nie wnosiła do naszej firmy, a była tylko zainteresowana jak najwyższą dywidendą i możliwymi dodatkowymi benefitami. Oczywiście, takie było jej prawo jako współwłaściciela i to rozumieliśmy. Jednak specyfika takich firm jak nasza polega na tym, że w 100% o wartości firmy stanowią trenerzy, którzy ją budują. Nasza firma nie ma gotowych produktów, każde rozwiązanie powstaje na bazie naszych doświadczeń i wiedzy.

dreamstime_23632667-700x466

Żródło: Dreamstime.

Wielokrotnie wcześniej wysyłaliśmy nieśmiałe sygnały, że chcemy, aby ten układ uległ zmianie. Lecz wydawało się, że nasz główny udziałowiec niespecjalnie przejmował się tymi sygnałami.

Tego czerwcowego dnia postanowiliśmy otwarcie poinformować go o naszych oczekiwaniach. Wiedzieliśmy, że droga nie będzie łatwa, lecz pełna nieoczekiwanych zmian sytuacji. Ale wiedzieliśmy również o tym, że dłużej nie chcemy się godzić na taki stan. Pięknego lipcowego dnia w 2009 roku spotkałem się z głównym udziałowcem naszej firmy i przeprowadziłem otwartą i szczerą rozmowę…

Po dwóch i pół roku bardzo trudnych rozmów i niebezpiecznych dla naszej firmy sytuacji (np. przez ponad cztery miesiące nie mieliśmy zarządu) doszliśmy do porozumienia. W mojej opinii porozumienia, w którym obie strony, pomimo rozlewu krwi, mogą czuć się usatysfakcjonowane.

Ta krótka historia o rozstawaniu się nie jest jakąś wyjątkową historią. Ot, po prostu rozsądek mówił, że trzeba zmienić pewien porządek. Ale jednak czymś różniła się od wielu podobnych sytuacji, takich jak:

  • Chcesz zmienić miejsce zamieszkania, choć tu gdzie obecnie mieszkasz nie jest Ci źle. Jednak marzysz o domu w innym miejscu.
    dreamstime_7421479-350x217

    Żródło: Dreamstime.

  • Chcesz wycofać się z projektu, w którym uczestniczysz od dłuższego czasu. Czujesz, że marnujesz swoją energię na rzeczy, które Cię po prostu nie kręcą. Z drugiej strony, projekt ten zapewnia Ci pewną stabilizację, dzięki której możesz realizować inne swoje plany.
  • Twój pracownik od pewnego czasu nie sprawdza się w powierzonych mu zadaniach. Nie wykonuje ich nato
    miast na tyle źle, aby go z tego powodu zwolnić za brak rezultatów. Po prostu sądzisz, że ktoś inny byłby zdecydowanie lepszy na tym stanowisku.
  • Wreszcie… Chciałbyś zmienić coś bardzo istotnego w swoim życiu. To, co do tej pory się w nim dzieje, zapewnia Ci względny komfort, ale jest dalekie od Tego, o czym marzysz. Tak jak złota klatka, choć jest złota, to jest wciąż klatką.

Nasza historia różni się od wielu jej podobnych tym, że podjęliśmy działania… że nie zgodziliśmy się na dalsze funkcjonowanie w tej sytuacji, pomimo tego iż nie była ona przecież jakoś specjalnie utrudniająca pracę. Przecież od wielu lat działaliśmy w tym układzie, odnosząc sukcesy na rynku.

Odważyliśmy się zmienić znaną, niewygodną, choć względnie przewidywalną i bezpieczną drogę, na inną drogę, która była zgodna z naszymi wartościami i przekonaniami, ale nieprzewidywalna i niebezpieczna. Na drogę, która kosztowała nas zdecydowanie wiele więcej energii i zmartwień, a korzyści z wstąpienia na nią odczuliśmy dopiero po długim czasie.

Ilu z nas jest w podobnej sytuacji i „czeka na Godota”?

Ku przypomnieniu
Czekając na Godota – sztuka napisana przez Samuela Becketta.

W wielkim skrócie o treści sztuki. Estragon i Vladimir to bezdomni włóczędzy. W ich mniemaniu, jedyną szansą na zmianę ich sytuacji jest nadejście Godota. Nikt nie wie, kto to jest Godot. Nawet sam Beckett pytany „kim u licha jest Godot?”, podobno odpowiedział „Gdybym wiedział, to bym o tym napisał.” Wracając do bohaterów sztuki – Estragon nie jest tak pełen wiary jak Vladimir, ale nie chce się z nim rozstawać. Wiedza Vladimira pełna jest luk, tak naprawdę nie wie, kim jest Godot i o co go prosił. Vladimir jest niespokojny, schludny, mądrzy się, ma w sobie coś z doktrynera i hipokryty. Estragon to głupek, ale dość sprytny, leniwy, prosty. Codziennie spotykają Pozzo i Lucky’ego, ale zawsze zachowują się tak, jakby widzieli ich pierwszy raz. Vladimir i Estragon całe życie czekają, a Pozzo i Lucky wędrują, jednak ich cel i sens jest niejasny.
czekając-na-godota-350x227

Pozzo jest prymitywny i brutalnie odnosi się wobec swego niewolnika Lucky’ego. Lucky to postać cicha i jakby nieobecna, odczytuje się w nim metaforę zdegradowanych intelektualistów, którzy mimo to zachowują szczątki honoru.

Nastroje bohaterów stają się coraz gorsze w trakcie sztuki. Nawet próba samobójstwa kończy się błazenadą. Ostatnia kwestia dobitnie wyraża całą niemoc i tragedię bohaterów: „No to idziemy?”, pyta jeden, drugi odpowiada: „Chodźmy!”. I nie ruszają się z miejsca.

Amerykański pisarz Philip Wylie powiedział kiedyś, że „sukces to drabina, po której nie sposób wspiąć się z rękami w kieszeniach”. Tymczasem większość z nas zwleka z podejmowaniem działań licząc na to, że może inni to za nas zrobią albo może sytuacja zmieni się kiedyś na lepsze, albo pewnego dnia nie będziemy mieli już innego wyjścia niż podjąć działania. Lecz prawda jest taka, że jeżeli my sami tego nie zmienimy, to na zawsze już zostaniemy niewolnikami tej sytuacji. Bo nie może być wolny ten, który oczekuje, że inni dadzą mu wolność.

ty-decydujesz-350x422Będąc na rozstaju dróg, musimy wybrać pomiędzy jedną, która prowadzi nas w stronę naszych marzeń a drugą, która pozwala nam unikać kłopotów związanych z tym, co może przynieść wybór pierwszej. W psychologii nazywa się to konfliktem typu dążenie – unikanie. Konflikt pojawia się w sytuacji, kiedy mamy jeden cel wywołujący w nas zarówno pozytywne, jak i negatywne motywacje. Z jednej strony bardzo pragniemy go osiągnąć, a z drugiej jakaś inna siła każe nam go unikać. Kto z nas, chociaż raz nie użył stwierdzenia, że wszystko ma swoje plusy i minusy, każde rozwiązanie ma swoje dobre i złe strony. Którą więc drogę wybrać i jak długo będziemy potrafili w tym wyborze funkcjonować?

Oj, długo. W psychologii wymienia się wiele sposobów, które opanowaliśmy, aby w tym pozornym braku wyboru (pozornym, bo przecież brak wyboru jest wyborem podążania tą samą drogą) tkwić czasami nawet całe życie. Wszystko po to, aby obronić nasze ego przed dopuszczeniem do świadomości informacji wywołujących lęk.

Przyjrzymy się części z tych mechanizmów obronnych. Może uda się wyłowić te, które sami chętnie stosujemy:

  • Regresja – po prostu wypieramy z siebie, staramy się zapomnieć rzeczy, które wywołują w nas lęk i niepokój.
  • Racjonalizacja – polega na przypisywaniu własnemu zachowaniu jakichś społecznie akceptowanych motywów, które faktycznie nie istnieją. To „dobudowywanie sobie ideologii” stwarza właśnie pozory racjonalnego wyjaśnienia swojego postępowania. Może to być np. obniżenie wartości celu, którego nie możemy osiągnąć.
  • Reakcja upozorowana – polega na przyjmowaniu postawy przeciwnej do naszych rzeczywistych uczuć wobec obiektu tych uczuć. Np. przesadna uprzejmość w stosunku do osoby, której bardzo nie lubimy.
  • Dysocjacja – polega na izolowaniu myśli od działań, wszystko po to, aby podejmować czynności wyraźnie niezgodne z naszymi przekonaniami bez przeżywania rozczarowania, skrupułów moralnych. Np. przekonujemy naszych podwładnych do działań, które naszym zdaniem nie przyniosą żadnego efektu, tłumacząc sobie, że wykonujemy tylko „rozkazy góry”.
  • Substytucja (to mój ulubiony mechanizm), czyli zastępowanie działań narażonych na dużą niewygodę albo duży wydatek dodatkowej energii, działaniami łatwiej osiągalnymi.

Jak wybierać odważne drogi?

Och, wiedziałem: choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi prowadzą – i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.

Robert Frost
Fragment wiersza „The road not taken”

Skoro dzięki wyborowi nowych dróg można tak dużo skorzystać, należy zadać sobie pytanie, co zrobić, aby naszych dzieci, naszych studentów, pracowników, a zawłaszcza nas samych nie powstrzymywały obawy przed wstąpieniem na mniej „wydeptaną” drogę, gdzie bardziej narażeni jesteśmy na niewygodę lub poniesienie porażki. Jak konformizm i obawę przed kompromitacją zastąpić odwagą w realizowaniu własnych marzeń i aprobatą dla niepowodzeń?

Po pierwsze musimy zmienić perspektywę spoglądania na nasze działania. Zmniejszyć poziom lęku, który jest obecny w każdym z nas i codziennie towarzyszy nam jako stres, zły nastrój, frustracja lub poczucie presji.

Stworzyć w naszym życiu i biznesie (choć trudno te dwa czynniki oddzielić) kulturę budującą odpowiednie warunki dla realizowania samego siebie i podejmowania nowych pomysłów.

Zacznijmy od zmiany naszej komunikacji:

  • z „nie rób tego kochanie, bo to ci się nie uda” – na „spróbuj, tylko proszę uważaj na siebie”,
  • z „co Ty wyrabiasz, spójrz jak się to robi” – na „jest dobrze, czegoś się nauczyłeś, jedziemy dalej”,
  • z „nie ryzykuj, bo inni już dawno tego próbowali przed tobą i nikomu się nie udało” – na „działaj, tylko proszę przeanalizuj próby innych, żeby unikać ich błędów”,
  • z „nas interesuje tylko sukces, porażka dotyczy tylko słabych” – na „chcemy odnieść sukces i jesteśmy gotowi na porażki, zanim go osiągniemy”.

Powinniśmy stworzyć właściwy grunt dla otwartego przyznawania się do porażek, gdzie będą chwalone próby podążania jeszcze „nieudeptanymi drogami” i kształtowana umiejętność wyciągania wniosków na przyszłość.

I wreszcie, należy stworzyć mechanizmy umożliwiające jak najszybsze podniesienie się z tej porażki, aby mieć siłę i energię na podróż kolejną drogą z nowym bagażem doświadczeń. Osoby uprawiające wspinaczkę skałkową nazywają to „umiejętnością odpadania”, która jest szczególnie istotna, jeżeli chcemy mieć siłę i zdrowie na kolejną „podroż” w górę.

dreamstime_30029212-700x725

Żródło: Dreamstime.

Po drugie mogę tylko powtórzyć za Patrizio Bertellim, że jeśli pozostaniemy wierni naszym zasadom i wartościom, to będziemy w stanie zdobyć się na wybór trudnych dróg i ich pokonanie. Jeżeli tyko nie sprzedamy, jak Judasz, naszych wartości za srebrniki, to wierzę, że choć nie będzie łatwo, to na koniec będziemy z satysfakcją patrzyli na drogę, którą przeszliśmy.

To nasze wartości pozwoliły mojej firmie nawet w najtrudniejszych momentach konsekwentnie iść trudną drogą. Dzisiaj, patrząc wstecz na przebytą drogę, jesteśmy nie tylko bogatsi o nowe, cenne doświadczenia, ale również szczęśliwi, że odważyliśmy się nią wędrować.

Proponuję więc, aby każdy z nas zrobił sobie lub razem ze swoim zespołem rachunek sumienia. Wypisał wartości, którymi chce się kierować w życiu lub w biznesie i ocenił, czy przypadkiem nie zapomina o nich lub nie rozmienia na mniejsze dla złudnego konformizmu lub „trzydziestu srebrników”.

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi: poszedłem tą mniej uczęszczaną –
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem…

Robert Frost
„The road not taken” (1916)


Grafika: Michał Jankowski, QUAAR


Podziel się