Zestaw kolejnych szczepionek na chaos od Szymona. Tym razem szczepionka nr 5, 6 i 7  (przeczytaj II część artykułu Szymona)

Ta szczepionka jest w pewnym sensie kontynuacją poprzedniej, tyle, że w ujęciu prywatnym. Otóż w chaosie mamy tendencję do tego, żeby się SPONIEWIERAĆ. Nie starcza czasu na to, żeby zadbać o to, co w życiu ma ogromne znaczenie, a więc o nasze ciało, o to, co jemy, i czy w ciągu dnia znajdujemy czas na swoje pasje, dla przyjaciół, dla rodziny… To głównie stąd bierze się nasze wyczerpanie energetyczne.

Zamiast ględzić o work-life balance, odwołam się do własnej historii. 19 lat temu wykonałem bardzo głupi skok do wody, który zakończył się poważnym urazem kręgosłupa. Przez niemal 10 lat nie robiłem praktycznie NIC – zrezygnowałem z nart, biegania, gry w piłkę, rzadko wsiadałem na rower. Po tych 10 latach ból stał się nieznośny i ruszyłem do poleconego rehabilitanta, Romka, który najpierw stosował różne metody fizjoterapii, a później dołączył do tego ćwiczenia. Z tymi ćwiczeniami bywało różnie. Nie zawsze znajdowałem czas i energię; miałem małe dzieci, często wyjeżdżałem poza Warszawę, przytłoczony robotą siedziałem po nocach przy biurku. Poza tym zawsze łatwiej było wziąć lek przeciwbólowy lub napić się whisky, niż zmusić się do monotonnych i bolesnych treningów. Pewnego dnia podczas wizyty Romek wypalił do mnie następujący tekst:

Do tej pory jestem wdzięczny Romkowi, że potraktował mnie obuchem i przypomniał o tym, co naprawdę jest ważne. Wziąłem się za siebie. Zacząłem od pływania i roweru, z czasem wróciłem do nart, do biegania i do gier zespołowych. I co najważniejsze, odkryłem, że dzięki temu mnóstwo rzeczy stało się PROSTSZE. Jeżeli zacznę dzień od basenu lub przebieżki po lesie, moja tolerancja na różne nieprzewidziane wydarzenia jest nieporównywalnie większa. Właściwie wszystkie sensowne, pozytywne osoby, które spotykam w świecie biznesu, robią dużo, żeby się w tym świecie NIE ZATRACIĆ. Jeśli brakuje Ci energii na zmaganie się z brutalną rzeczywistością – zacznij od siebie i zadbaj o regularną porcję ZDROWYCH endorfin, nie wspomaganych alkoholem, Facebookiem czy innymi doraźnymi protezami. To banał, o którym baaaardzo często zapominamy. A jak powiedział Romek, nie ma innej sensownej drogi.

 

Niespecjalnie wierzę w „kompromisowe rozwiązania”. W wielu przypadkach kompromis prowadzi do tego, że dane rozwiązanie jest „letnie”. Poszukując „złotego środka” tracimy to, co było cenne w pierwotnej koncepcji. Mój znajomy prezes, Jacek, którego poznałem 16 lat temu i od którego wciąż dużo się uczę, podczas jednego ze spotkań nazwał takie kompromisy „świnkami morskimi”. Gdy zdumiony zapytałem, dlaczego nie lubi biednych, poczciwych świnek morskich, odpowiedział: „Spójrz na to stworzenie. Ani to nie jest świnka, ani tym bardziej morska”.

Cytowany już Nassim Nicolas Taleb, który przez wiele lat pracował jako doradca inwestycyjny, jest również przeciwnikiem pośrednich rozwiązań. Na przykład nie wierzy w instrumenty finansowe, które „godzą” przyzwoity zwrot z inwestycji z niewielkim ryzykiem. Notabene do takich rozwiązań jesteśmy namawiani przez różne instytucje finansowe. Zdaniem autora książki „AntiFragile” tego rodzaju konstrukcje ani nie zapewniają bezpieczeństwa, ani nie gwarantują przyzwoitego dochodu. Taleb namawia do tego, żeby 90 % swoich funduszy trzymać w nudnej gotówce lub zbliżonych, bezpiecznych instrumentach, natomiast 10 % przeznaczać na najbardziej ryzykowne tematy pod słońcem. Jeżeli stracimy, to tylko 10 %. Ale jeżeli się uda, to 10 % zainwestowanych środków może dać nam np. ośmiokrotny zysk i będziemy niemal dwukrotnie bardziej zamożni! Taleb nazywa to podejście zasadą sztangi, przy czym warto zauważyć, że w tej sztandze jeden wielki odważnik jest równoważony wieloma małymi:

Podsumowując, zdaniem Taleba, sztangą może być „każda dualistyczna strategia złożona ze skrajności, pozbawiona demoralizujących rozwiązań pośrednich”. Wracając do bezsensownych kompromisów: jeśli staniesz na pół godziny w letniej wodzie, nie uczyni Cię to zdrowszym. Ale kontrolowane, NAPRZEMIENNE sesje w gorącej saunie oraz w zimnym basenie (lub kriokomorze) poprawiają nasze samopoczucie i zwiększają naszą odporność! A przecież o to nam chodzi.

Jak to się przekłada na codzienny wyścig z czasem? Otóż prawie nigdy nie udało mi się wdrożyć słynnej macierzy Eisenhowera, wałkowanej w różnych podręcznikach dotyczących zarządzania czasem. Macierz Eisenhowera pozwala nam pogrupować zadania na dany dzień lub tydzień ze względu na ich pilność i ważność. Po pierwsze, mój problem polega na tym, że za każdym razem, gdy próbuję zadania rozdzielić pomiędzy cztery pola tej macierzy, niemal wszystkie pozycje okazują się zarazem ważne i pilne. Po drugie, mocno deprymujące jest przykazanie, że za rzeczy mniej ważne (lecz pilne) możemy się zabrać dopiero wtedy, gdy ogarniemy „grube”, a więc istotne i niełatwe tematy. Te grube tematy mają to do siebie, że ich realizacja jest mozolna i trwa tygodniami. Tymczasem odkryłem, że odhaczanie mniej istotnych, ale szybkich wątków, daje mi poczucie, że „dowożę” i posuwam się do przodu. Najczęściej WŁAŚNIE STĄD czerpię energię do zajęcia się bardziej przytłaczającymi zadaniami. Nawet pisząc ten artykuł (już trzeci dzień!) przyłapałem się na tym, że co jakiś czas robię sobie przerwę na odhaczenie kilku drobniejszych spraw, włącznie z ugotowaniem obiadu, rozmową z klientem czy krótkim biegiem po okolicznych lasach.

Moim zdaniem nie ma w tym nic złego. Możemy planować swój dzień czy tydzień pracy w ten sposób, żeby zachować zasadę sztangi. Jest to ZDROWE i pozwala dowozić ważne cele w sytuacji, gdy jesteśmy bombardowani mniej istotnymi, pilnymi sprawami.

Być może pamiętasz czas, gdy Ty sam lub Twoje dziecko uczyliście się jeździć na rowerze. Bartek, mój znajomy, który pracuje w dużej firmie telekomunikacyjnej, jest tatą bliźniaczek. Na użytek tego artykułu nazwiemy je Anastazja i Berenika. Jako że Bartek jest tatą świadomym, uznał, że jego córki chętniej będą się uczyć jazdy na rowerze, jeśli same wybiorą sobie pojazd.

Ostatecznie wybór dziewczynek był następujący:

A teraz zgadnij: która z bliźniaczek SZYBCIEJ nauczyła się jeździć na rowerze?

Może się to wydać nielogiczne, ale Berenika! Jak to? Na rowerku BEZ PEDAŁÓW?! Tak, bo rowerek biegowy uczy dzieci tego, co jest najważniejsze podczas jazdy na dwukołowcu, czyli zachowania równowagi. Okazuje się, że klasyczny rowerek (taki jak ten Anastazji) jest wyposażony w akcesoria, które zamiast pomóc w nauce jazdy, przeszkadzają. Opcja wybrana przez Anastazję jest full-opcją, a więc ma WSZYSTKO. Fotelik dla lalek, koszyczek (uczestnicy moich wystąpień twierdzą, że to na flaszkę dla tatusia), ma też kółka podporowe, które wydają się zbawieniem, a są klątwą. Jak zapewne wiesz, te kółka odkształcają się przy pierwszym kontakcie z krawężnikiem. Wtedy rower przyjmuje nienaturalną, przechyloną na bok pozycję, a dziecko próbuje jakoś skompensować ciałem ten przechył. Najbardziej ekstremalnym objawem „przedobrzenia” ze strony projektantów są jednak frędzelki przy kierownicy.

Te wszystkie kółka podporowe, koszyczki na flaszkę i frędzelki występują nie tylko w niektórych rowerkach dla dziewczynek, ale są również powszechnie widoczne w korporacjach. Większość inicjatyw jest pełna takich frędzelków. Co gorsza, najczęściej frędzelki nie są przez nikogo wymuszane, lecz są dokładane w kolejnych etapach przez nadgorliwych pracowników, którzy chcą jakoś swój produkt upiększyć. Brak poczucia sensu i spójności, o którym pisałem we wstępie, w dużym stopniu jest efektem tego rodzaju upiększeń!

Gdy cierpicie na brak czasu, UNIKAJCIE FRĘDZELKÓW. Dbaj o to, żeby Twoje projekty, oferty dla Klientów, produkty, nad którymi pracujesz, systemy, które proponujesz pracownikom, prezentacje w Power Poincie były MAKSYMALNIE PROSTE. Nie dokładaj się do chaosu! Sednem nauki jazdy na rowerze nie jest gapienie się w kolorowe paseczki przytroczone do kierownicy, lecz pilnowanie równowagi. A co jest sednem zadania, do którego usiądziesz po przeczytaniu tego artykułu? 🙂

Ostatnie 3 szczepionki za dwa tygodnie

Autor: Szymon Kudła kontakt: centrum@csjet.pl

 


Podziel się